Wywiady z autorami

Federico Moccia
Urodzony w 1963 roku w Rzymie, pracuje jako scenarzysta filmowy i telewizyjny. Od najmłodszych lat dużo czyta i pisanie staje się dla niego przyjemnością. Jedyny przedmiot w szkole, z którego jest naprawdę dobry, to właśnie włoski, świetnie mu idzie zwłaszcza pisanie wypracowań. Obiecuje sobie, że przed trzydziestką napisze pierwszą powieść. Udaje mu się, powstają „Trzy metry nad niebem”. Jednak w 1992 roku wiele wydawnictw odrzuca jego książkę. Niezadowolony z takiego obrotu sprawy, postanawia wydać ją na własny koszt. Egzemplarze rozchodzą się błyskawicznie, równie szybko kończy działalność małe wydawnictwo, które opublikowało książki jeszcze kilku innych młodych autorów. Mija dwanaście lat i „Trzy metry nad niebem” zostają przez przypadek odkryte i wydane. Wciąż zajmują miejsce w rankingu z wynikiem przekraczającym ponad milion trzysta tysięcy sprzedanych egzemplarzy. W 2006 roku ukazało się „Tylko ciebie chcę”, które od miesięcy jest na czele wielu rankingów. Obydwie powieści zostały przetłumaczone w ponad trzynastu krajach. 3 lutego ukaże się w Polsce najnowsza powieść Federico Mocci "Amore 14". Jego pierwsza powieść „Trzy metry nad niebem”odniosła we Włoszech niebywały sukces i stała się książką kultową. Tylko w 2004 roku miała pięć dodruków i na jej podstawie zrealizowano cieszący się dużą popularnością film. W listopadzie 2009 r. do włoskich kin wszedł film "Amore 14". Za „Trzy metry nad niebem” Moccia zdobył nagrodę Premio Torre di Castruccio, w kategorii Narrativa 2004 oraz Premio Insula Romana, w kategorii młodzi dorośli 2004. Jego powieści zostały sprzedane do wszystkich krajów europejskich (od Portugalii po Rosję), do Japonii i Brazylii. |
Artur Kowalczyk, MUZA SA: We Włoszech był Pan znany głównie z telewizji, ale w 1992 roku napisał Pan książkę „Trzy metry nad niebem”, która miała dość niecodzienne wejście na rynek.
Federico Moccia: Wszystko zaczęło się od podróży do Anzio – miasteczka niedaleko Rzymu. Czytałem wtedy „Po tej stronie raju” Fitzgeralda. Ta świetna książka sprawiała wrażenie, jakby napisał ją doświadczony i niemłody autor. Zdziwiłem się, bo okazało się, że Fitzgerald miał wtedy zaledwie dwadzieścia kilka lat. To było naprawdę coś! To mnie uderzyło. Pomyślałem, że byłoby świetnie, gdyby udało mi się napisać książkę przed ukończeniem trzydziestki, tym bardziej, że napisałem już kilka opowiadań. I tak, na początku lat 90. książka była gotowa – dałem jej tytuł „Trzy metry nad niebem”. Wysłałem ją do kilku największych wydawców we Włoszech. Właściwie wszyscy odpowiedzieli, że takimi książkami nie są w ogóle zainteresowani. Trochę mnie to zdziwiło, bo jakoś nie mogłem znaleźć tego typu książki w księgarniach, z tymi problemami, z takimi postaciami, dla takiego czytelnika... Przypomniałem sobie, że przyjaciel przyjaciela znał niewielkie wydawnictwo rzymskie, które drukowało książki w niewielkim nakładzie, za które autor musiał zresztą zapłacić! No cóż, zapłaciłem i ostatecznie książka ukazała się w listopadzie 1992 roku.
Jak książka została przyjęta?
Widać było, że książka zyskuje czytelników. Gdy po kilku tygodniach poszedłem do mojej ulubionej księgarni i spytałem, jak się sprzedaje, powiedziano mi, że byłoby dobrze gdybym przyniósł dodatkowe egzemplarze, bo te które mieli już się sprzedały. Oczywiście, natychmiast poszedłem do wydawnictwa, ale czekała tam na mnie niemiła niespodzianka – firma została zamknięta. No to klops, pomyślałem, zostałem z niczym. Wydrukowano 1500 egzemplarzy, ale nie wiedziałem, ile się sprzedało, a ile jest jeszcze w magazynie. Właściwie byłem przekonany, że to koniec mojej przygody z tą książką. Tymczasem okazało się, że z powodu jej braku w księgarniach, młodzież zaczęła ją sobie kserować.
Tamtego lata będąc nad morzem zauważyłem dziewczynę, która czytając moją książkę, śmiała się – dreptałem wokół niej, bo starałem się podejrzeć tekst by ustalić, w którym miejscu zanosiła się od śmiechu. W ten sposób po raz pierwszy widziałem na własne oczy mojego czytelnika!
Osiem lat po tej historii dostałem nieoczekiwany telefon. Na sekretarkę nagrał się producent filmowy – o czym jeszcze wtedy nie widziałem. Okazało się, że widział gdzieś górę kserokopii mojej książki, przeznaczonych dla uczniów pobliskiego liceum. Wziął z ciekawości jedną kopię, którą potem zobaczyła u niego jego kuzynka. Opowiedziała mu o niej, że jest to jej licealny skarb – jak wszyscy robiła w niej notatki, podkreślała ważne dla niej zdania. Namawiała go do zrobienia filmu, do czego ostatecznie doszło. Film pod tym samym tytułem wszedł na ekrany w 2004 roku. Niemal równocześnie ukazało się nowe wydanie książki, tym razem nakładem jednego z największych wydawców. Ostatecznie sprzedano 1.800.000 egzemplarzy w kilkunastu dodrukach.
Nie była to więc wymyślona operacja marketingowa, tym bardziej, że trwała 10 lat! (śmiech)
Wywołał Pan w Europie modę na przypinanie kłódek przez zakochanych na barierkach mostów.
Rzeczywiście zakochani zapinają kłódki w wielu miastach Europy. Widziałem je nawet w Sankt Petersburgu, wiem, że są na Litwie, w Barcelonie, dostaję zdjęcia z całego kontynentu. Co ciekawe nie zawsze są to mosty. W Niemczech, na przykład, jest to jakaś stacja kolejowa.
Po wydaniu „Trzech metrów nad niebem” pojawił się jakiś ksiądz, który zagroził Panu ekskomuniką za propagowanie konsumpcyjnego stylu życia.
Właśnie, podobno był ktoś taki, jest nawet o tym wzmianka w Wikipedii, ale szczerze mówiąc nie znam szczegółów (śmiech). O wiele bardziej zainteresowała mnie informacja o pewnej uczennicy, której zabroniono czytać, a właściwie wypożyczyć „Trzy metry nad niebem”. Wdała się nawet w dyskusję z profesorem i w końcu została zawieszona. Część nauczycieli po prostu nie zdaje sobie sprawy, że ta książka jest swego rodzaju zwierciadłem, w którym odbija się życie tych młodych ludzi, z narkotykami, piciem, przemocą. Ci nauczyciele ich uczą. Z tymi problemami trzeba się umieć zmierzyć.
W „Amore 14” narracja nieco się różni od Pana wcześniejszych książek – jest dynamiczna, szybka, trochę przypomina grę komputerową. To bardzo ciekawy zabieg, pewne napięcie jest obecne niemal przez cały czas lektury.
Tak, „Amore 14” jest najtrudniejszą książką, jaką napisałem, ponieważ stworzyłem tam świat rodziców, dziadków, rodzeństwa widzianych oczami czternastoletniej bohaterki. Oglądamy więc te postaci tak, jak postrzega je Carolina. Trudność polega na tym, że w tym wieku człowiek znajduje się to w euforii, to ogarnia go niewypowiedziany smutek. Tak też przebiega narracja: wesołość, smutek, kłamstwa, fantazje, marzenia, romantyczne uniesienia. Ten rok opisany w książce jest dla Caroliny pełen wydarzeń także bolesnych, jak choćby śmierć dziadka. To wszystko sprawia, że ona dorośleje. Musiałem więc i zresztą chciałem, tę książkę napisać nieco inaczej.
Udało się Panu bardzo ciekawie uchwycić punkty styczne dwóch światów: dorosłych i młodzieży. Tu zawsze dla pisarza leży niebezpieczeństwo „przedobrzenia” - co spowoduje, że historia wyda się czytelnikowi nieprawdziwa.
Doskonale pamiętam doświadczenia z moimi rodzicami, gdy byłem w wieku bohaterów moich książek. Mam także swoje zapiski, dzienniki z tamtych lat. Teraz w większości pamiętniki piszą dziewczyny, kiedyś pisali także chłopcy. Zapisywało się wówczas swoje miłosne uniesienia, ale także fajne piosenki, tytuły książek, które wywarły wielkie wrażenie. Zresztą czytało się wtedy znacznie więcej niż teraz. Także poezję, wielką literaturę. Te lektury wprowadzały nas w wielki świat wspaniałych doznań, wiedzy o innych kulturach. Teraz nie ma tego przyzwyczajenia do czytania, poznawania, nawet jeśli coś młodego człowieka zachwyci – bo on się przecież zachwyca! - to nie wie, jak to rozwinąć. Nie ma tego klasycznego przygotowania, które krok po kroku powinien poznawać w szkole. To oznacza, że brakuje mu pewnej osobistej niezależności.
Próbowałem przyjrzeć się różnym stronom rozumowania Caroliny. Oczywiście, ona czasami jest małą dziewczynką, ale czasami okazuje się niemal dorosłą kobietą. Ona się zmienia. Stara się zrozumieć, co się dzieje, znaleźć swój osobisty klucz do tych wszystkich nowych doświadczeń. Jednym z najważniejszych momentów w książce jest scena, gdy babcia Caroliny, po śmierci dziadka, pyta ją czy udało się jej spotkać tego Maksymiliana. Carolina kłamie i mówi, że nie. Ale wypowiada to kłamstwo, ponieważ nie chce sprawiać dodatkowego bólu babci, jej szczęście w takiej sytuacji może nie być na miejscu. Ona po raz pierwszy myśli o innej osobie w ten sposób. Nie myśli już tylko o sobie, jak zazwyczaj robią to dzieci.
Skąd Pan czerpie informacje o tym specyficznym języku, którego używają młodzi ludzie? Musi Pan być bardzo uważny, bo przecież wystarczy drobna nieuwaga i tekst natychmiast wyda się czytelnikowi fałszywy.
Obserwuję z dużą uwagą młodych ludzi i wsłuchuję się w język, sformułowania których używają. Trzeba sobie tu wyćwiczyć pewną umiejętność, wrażliwość. Ważne są także obserwacje tego, co się dzieje w Internecie, przede wszystkim na blogach, jak wyglądają komentarze. Czytając i przeglądając te wpisy po pewnym czasie zaczynasz wchodzić w świat tego języka – już mimochodem przyswajasz sobie pewne terminy, powiedzonka. Pisząc dla czternastolatków, musisz używać ich języka. Pisarz jest więc trochę jak aktor, wchodzi w pewną rolę. Musi wiedzieć jakie wady i zalety posiada jego bohater, jakie łączą go więzi z najbliższymi, itd. Im więcej pisarz włoży wysiłku w tę rolę, tym lepsze będą sceny i relacje, które opisuje. Nie podoba mi się za to przeładowanie niektórych książek slangiem młodzieżowym – od razu widać jakąś sztuczność albo bohaterowie wyglądają na idiotów. A teksty młodych ludzi, które śledzę, są czasami bardzo zaskakujące. Trzynastolatka, opisująca swoje obawy i uwagi formułuje je na poziomie 18-20-latki. Trzeba więc być ostrożnym.
Czy wczytuje się Pan w krytykę, jaka pojawia się w Internecie i prasie, i w ogóle w opinie o Pana książkach?
Oczywiście. Nawet dyskutuję z ich autorami. Chcę wiedzieć, co czytelnicy sądzą o moich książkach, dlaczego je czytają? Przyjemne są wpisy, które znalazłem na jednym z portali - brzmią mniej więcej tak: „kocham czytać Tołstoja, Allende i Moccię”. To jest naprawdę niezłe! (śmiech).
Wczytuję się w głosy krytyczne. One są ważne i bardzo często poważnie zastanawiam się nad nimi. Mało tego, ja z nich korzystam! W pewnym sensie z krytyki pewnej dziewczyny narodziła się właśnie „Amore 14”. Ona mnie zapytała, dlaczego opisuję w swoich książkach pięknych bohaterów, osoby zamożne nie mające większych problemów finansowych? Dlaczego nie napiszę książki o przeciętnych nastolatkach z niezamożnych rodzin, którzy walczą ze swoimi typowymi problemami? Te głosy krytyki można w jakiś sposób wykorzystać – w znaczeniu pozytywnym oczywiście.
Czy jacyś Pana znajomi mogą rozpoznać się w powieści „Amore 14”?
Rozpoznać raczej nie. Zapożyczam od swoich znajomych, rodziny różne cechy, także fizyczne, ale ostatecznie ten literacki bohater się rozwija i na końcu nie przypomina już nikogo znajomego. W przypadku „Trzy metry nad niebem” użyłem, niestety, kilku prawdziwych, świetnie brzmiących przezwisk z czego wynikło niezłe zamieszanie.
Jak długo pisał Pan „Amore 14”?
Pół roku. Ale to właściwie sam proces pisania. Wcześniej musiałem się przygotować, wymyślić postaci i historię. I to również trwało około pół roku. Jeśli ma się już te wszystkie notatki, to pisanie jest bardzo szybkie, można pisać nawet 20 stron dziennie.
Izoluje się Pan wtedy od otoczenia?
Lubię pisać nocami. Gdy kończę przygotowania do książki, pierwsza wersja powieści powstaje w kilka miesięcy. Później nanoszę poprawki. Zazwyczaj zaczynam popołudniem i piszę do późnej nocy. Nigdy nie piszę rano. Wyłączam telefony, słucham muzyki, zazwyczaj stacji radiowej, w której nadają bardzo mało reklam i piszę.
Czy zbiera Pan egzemplarze zagranicznych wydań swoich książek?
Oczywiście! Wszystkie. Zresztą często tłumacze kontaktują się ze mną z prośbami o jakieś wyjaśnienia. W książkach są przecież takie zwroty i terminy, których używa się tylko w Rzymie lub takie, które odwołują się do jakiś specyficznych rzymskich lub włoskich wydarzeń.
Dziękuję za rozmowę.

premiera 3 luty 2010 r.
Polecamy












