Wywiady z autorami

Anna Mieszkowska autorka m.in. pierwszej książki o Irenie Sendler


Rozmowa z Anna Mieszkowską autorką książki "Matka dzieci Holocaustu"


Anna Bernat ("Przegląd Polski" dodatek kulturalny do "Nowego Dziennika" - Nowy Jork, kwiecień 2009): Rozmaite były sposoby ratowania żydowskich dzieci z getta. Podobno sceny ich przemycania poza mury należą do najbardziej realistycznych w filmie, są najbliższe opisom przedstawionym w Pani książce.

ANNA MIESZKOWSKA: Irena Sendlerowa i jej łączniczki przemycały dzieci na cztery sposoby, np. w samochodzie, który na teren getta wwoził środki czystości, a wracał z dziećmi, które wywożono w pudłach, skrzynkach lub w workach. Nieszczęsne dzieci, oddzielane od rodziców, dziadków, były tak przerażone, i płakały i krzyczały. Podawano im więc środki nasenne. Wyprowadzano je też przez piwnice kamienic lub przez gmach sądów na Lesznie. Wtajemniczeni w akcję dwaj woźni otwierali drzwi i prowadzili dzieci do tylnego wyjścia na aryjską stronę. Kolejny etap przerzutu rozpoczynał się w zajezdni tramwajowej po żydowskiej stronie. Mąż jednej z łączniczek był motorniczym. O świcie, gdy ruszały tramwaje, znajdował w wagonie pod ławką karton z uśpionym dzieckiem i wywoził je w bezpieczne miejsce za murami. Te sposoby dotyczyły małych dzieci. Kilkunastoletni chłopcy i dziewczęta byli wyprowadzani w tzw. brygadach pracy i potem kierowani do partyzantki. Sceny ratowania dzieci są wzięte dokładnie z książki. Amerykańscy realizatorzy skrupulatnie trzymali się faktów. Ale zdarzały im się, mówiąc wprost, wpadki.

Jakiego rodzaju? Przecież to film fabularny, a nie dokumentalny, więc swobodniejsze podejście do tematu jest możliwe.

Film, którego akcja rozpoczyna się w 1941 r., kiedy Niemcy zamknęli getto, a kończy w marcu 1944, gdy Irena Sendlerowa zostaje wykupiona z rąk gestapo, musiał odpowiadać, choć w zarysie, realiom. Nie mogłam się zgodzić na scenę, w której Irena Sendlerowa idzie na spacer do Łazienek i widzi bawiące się w parku dzieci żydowskie, polskie i niemieckie. Musiałam, jako konsultant, być stanowcza i powiedzieć: "Nie, tak być nie może". "Ale dlaczego?" - dziwili się Amerykanie. 'To byłaby taka symboliczna scena na temat tolerancji" - mówił zawiedziony reżyser John Kent Harrison. Musiałam wytłumaczyć, że Polakom wstęp do Łazienek był wzbroniony, że to była dzielnica niemiecka, obszar miasta Nur fur Deutsche, pokazałam nawet, gdzie stały szlabany. Podobne nieporozumienie wystąpiło przy kręceniu sceny aresztowania pani Ireny przez gestapo w wieczór jej imienin. Realizatorzy wyobrazili sobie zastawiony stół. Ludzie z ekipy jedli w jakimś naszym hotelu makowce i serniki, które bardzo im smakowały, i chcieli je mieć w filmie na stole. I kawę. Powiedziałam: "Kawy nie było". "Jak to nie było, a co ludzie pili?" - dziwił się reżyser. "Ziółka, suszoną trawę" - odpowiedziałam. Ostatecznie na filmie stół nie jest zastawiony. W pewnych przypadkach reżyser uwzględniał moje uwagi, w innych nie. Wersji napisanego przez niego scenariusza było piętnaście! Amerykanie zrobili film fabularny, który nie jest ekranizacją książki o Irenie Sendlerowej; on powstał na jej podstawie.

Jaki więc jest to film?

Psychologiczny, a nie historyczny. Niedobrze, gdyby Amerykanie musieli nas uczyć historii. To nasza historia zaimponowała Amerykanom. Film jest opowieścią o wspaniałym człowieku. Reżyser podkreśla, że historia Ireny Sendlerowej, mimo że dzieje się w czasie II wojny światowej i opowiada o zagładzie narodu żydowskiego, jest historią o życiu: ona przeżyła i przeżyły uratowane przez nią dzieci. To optymistyczne przesłanie: opowieść o miłości i życiu. Irena Sendlerowa pytana, co jej zdaniem jest najważniejsze w życiu, odpowiadała, że miłość, tolerancja i pokora. I to jest, według mnie, motto tej opowieści o młodej , pięknej kobiecie o szlachetnym sercu i wielkiej odwadze. Kobiecie, która powiedziała do swych koleżanek, współpracowniczek z ośrodka pomocy społecznej: "Nie wiem, jak wy, ale ja wypowiadam wojnę Hitlerowi".

Zatem nie jest to film historyczny ani dokumentalny, a jednak szczegóły historyczne musiały się zgadzać.

Jako konsultant we współpracy z ekipą filmową musiałam się dyscyplinować, ponieważ chciałam im przekazać więcej, niż oni chcieli przyjąć. Trochę się bali, że im zanadto będę patrzeć na ręce i pewnie dlatego nie zabrali mnie na plan filmowy w Rydze na Łotwie.

Ale, jak wiem, dzwonili stamtąd z prośbą o konsultacje.

Marcia Gay Harden, aktorka, która gra rolę matki Ireny Sendlerowej, nie znalazła w scenariuszu dość materiału, aby stworzyć tę postać. Z Rygi przychodziły do mnie e-maile, telefonowano z pytaniami. Od razu polubiłam tę aktorkę. Zagrała świetnie. Jest też znakomity epizod polskiego aktora Jerzego Nowaka, który gra starego Żyda. W filmie występują również inni polscy aktorzy, m.in. Danuta Stenka, Maja Ostaszewska, Krzysztof Pieczyński w roli Korczaka. Świetnie grają też dzieci: angielskie, kanadyjskie, łotewskie.

Dlaczego filmu nie kręcono w Polsce, w Warszawie?

W Rydze istnieje dawna dzielnica, podobna do krakowskiego Kazimierza, dziś jużniemal niezamie- szkana. Tam filmowcy mieli dużą swobodę i tam realizacja była dużo tańsza niż w Warszawie. Budżet filmu - 11 milionów dolarów - nie był wysoki.

Jak doszło do tego, że Amerykanie przystąpili do realizacji filmu?

Pomysł filmu fabularnego o pani Irenie powstał prawie równocześnie z książką. Pani Irena jak ognia bała się fabuły. Uważała, że to, co ma do przekazania, powinno mieć formę zapisu dokumentalnego. Zgłaszały się różne ekipy: niemiecka, argentyńska, japońska. Do mnie się zwrócono jeszcze za życia pani Ireny za pośrednictwem Kai Mireckiej-Ploss, obecnie mieszkającej w Waszyngtonie aktorki emigracyjnej, ostatniej towarzyszki życia Jana Karskiego. Ona skierowała do mnie Jeffa Mosta, Amerykanina, który jest producentem filmu. Most przyjechał do Warszawy. Potem, w kwietniu 2008 r. zjawił się John Kent Harrison, który w 2005 r. zrobił film o Janie Pawle II i Polska nie jest mu obca. Ale przyjechał w niedobrym okresie; pani Irena była wtedy w szpitalu, nie było mowy, aby mógł się z nią zobaczyć. On pani Ireny nie poznał.

A zatem Pani i Pani książka były jego źródłami informacji?

Przegadałam z nim wiele dni. Zabrałam na wycieczkę po Warszawie "śladami pani Ireny". Pokazałam dom, w którym mieszkała przy ul. Ludwiki 6, siedzibę Żegoty przy ul. Żurawiej 24, miejsce słynnej pralni przy Brackiej 5 w suterenie, która stanowiła skrzynkę kontaktową. Odwiedziliśmy również ogród przy ul. Lekarskiej 9, gdzie nadal rośnie jabłoń, pod którą pani Irena zakopywała słoik, w którym na paskach bibułki spisane były dane dzieci żydowskich i polskich rodzin, do których one trafiały. Byliśmy na Pawiaku, w alei Szucha, aby mógł zobaczyć "tramwaje" - te wąskie cele, w których pani Irena oczekiwała na przesłuchanie przez gestapo. Chciałam zabrać Harrisona na Powązki, gdzie jest pochowana matka pani Ireny; opowiadałam mu o niej, o tym jak przysłała Irenie na Pawiak gryps: "Nastały smutne, listopadowe dni. A Ty mi się śnisz, i jesteś ze mną". Harrison nie chciał iść na cmentarz, takiej sceny nie planował w filmie. Trzy tygodnie później pani Irena umarła. Był na jej pogrzebie. Płakał, był wstrząśnięty. Los go na te Powązki doprowadził.

Pani poznała Irenę Sendlerową pięć lat przed jej śmiercią. Ten czas wykorzystały panie na wzajemne poznanie się i na pracę nad książką. Jak ją Pani zapamiętała?

Panią Irenę, wówczas już przeszło 90-letnią, zapamiętałam jako człowieka tkwiącego w środku życia, mądrego, kierującego uwagę ku innym. Osobę pogodną, która ma doskonały kontakt z młodymi ludźmi. Te amerykańskie dziewczęta ze szkoły w Uniontown w Kansas, które napisały i wystawiły o niej sztukę "Holocaust. Life in a Jar", stały się jej przyjaciółkami. Przyjechały do niej do Polski, pisywały do niej. To do nich pani Irena napisała w liście z 14 września 2000 r. "Proszę gorąco, abyście nigdy nie robiły ze mnie żadnej bohaterki, bo to by mnie ogromnie zdenerwowało". Było też w niej jakieś wyciszenie, dystans. Do mnie pani Irena potrafiła kiedyś powiedzieć: "Wiesz, tak naprawdę to wojna się dla mnie nigdy nie skończyła".

Dlaczego tak długo po wojnie milczała?

Po jej zakończeniu Irena Sendlerową wydobyła ze słoika swoją listę uratowanych dzieci i przekazała Adolfowi Bermanowi z Żegoty. Potem zaczęła żyć własnym życiem. Wyszła za mąż, miała dzieci, pracowała. I zamilkła. Również dlatego, w okazało się, iż Adolf Berman jeździł po Polsce, wyszukiwał uratowane przez nią dzieci i odbierał je przybranym rodzicom. Zaczął się kolejny dramat. Dzieci znowu traciły rodziny. Znowu stawały się sierotami. Te uratowane dzieci były traktowane jako materiał biologiczny, dzięki któremu miał się odrodzić zgładzony naród żydowski. Tacy ludzie jak Adolf Berman uważali, że te dzieci muszą wrócić do społeczności żydowskiej i jako Żydzi stworzyć dalszy ciąg, zaczyn narodu. Były wywożone do Palestyny, a potem do Izraela, gdzie trafiały najczęściej do sierocińców w kibucach. Wielu przybranych rodziców nie mogło się z tym pogodzić. Zaczęli ukrywać te "swoje" dzieci. Przybrana matka Elżbiety Ficowskiej, Stanisława Bussoldowa, którą kochała swą córeczkę ponad wszystko, trzy razy zmieniała mieszkania, bo wiedziała, że tropią ją organizacje żydowskie, Elżunia była bowiem na liście poszukiwanych dzieci jako Elżunia Koppel. Dziewczynka przez kilka miesięcy przesiadywała jedynie na balkonie na pierwszym piętrze , nie wychodziła na podwórko. Elżbieta Ficowska nigdy z Polski nie wyjechała, sama jest mamą i babcią. Przewodniczyła Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu.

I jest jedną z niewielu osób, których relacja znajduje się w Pani książce. Dlaczego nie ma innych świadectw osób uratowanych przez Irenę Sendlerową?

Dzieci Holocaustu na ogół milczą. Milczą, a trzy tomy wspomnień Dzieci Holocaustu mówią w paradoksalny sposób o tym świadczą. Z traumy się nie wyrasta - napisał uratowany przez panią Irenę wraz z dwójką ciotecznego rodzeństwa Michał Głowiński. Z traumą należy uczyć się żyć. Dzieci Holocaustu są rozrzucone po całym świecie, mają teraz od 67 do 83 lat, są ludźmi wykształconymi, prawnikami, lekarzami, dziennikarzami, naukowcami, artystami, nauczycielami. Mają dzieci i wnuki, ale nie zawsze ich najbliżsi znają prawdę o ich wojennej przeszłości. To ich milczenie należy uszanować. Pani Irena ratowała często rodzeństwa. Odwiedzał ją pan, który trafił do sierocińca jako chłopiec sześcioletni i pamiętał, i miał dwuletnią siostrę, ale dwuletnia siostra nie pamiętała, że miała sześcioletniego brata. Trafiła w inne miejsce. Nigdy po wojnie się nie odnaleźli. I on przez 60 lat panią Irenę od czasu do czasu odwiedzał i wciąż pytał o siostrę.

Polskiej premierze filmu jesienią br. ma towarzyszyć wznowienie książki, do której Pani dopisała rozdział. Co się w nim znalazło?

30 czerwca 2004 roku przyniosłam pani Irenie pierwszy egzemplarz książki. Bardzo się wzruszyła. Ale właściwie zdecydowała się na tę książce, aby odsyłać do niej dziennikarzy. Chciała mieć wreszcie spokój. Stało się jednak inaczej. Ksiąika zaczęła żyć własnym życiem. Na spotkaniach autorskich zjawiały się tłumy, bardzo wiele osób wpadało wprost z ulicy do pokoju nr 15 u Bonifratrów, aby zdobyć autograf, porozmawiać o książce. Odwiedziła np. panią Irenę Maria Turków, która mieszka w Stanach Zjednoczonych, córka Diany Blumenfeld i Jonasza Turkowa. Jej matka była taką żydowską Hanką Ordonówną, a ojciec reżyserem, dyrektorem Teatru Żydowskiego. Pani Irena współpracowała z Jonaszem Turkowem w getcie. Mała Marysia miała cztery lata, jak została wyprowadzona z getta przez sądy. Z Ireną Sendlerowa nie widziały się od 1946 roku. Takich zdarzeń i spotkań było więcej. Stąd pomysł dopisania rozdziału o tym, co się działo po publikacji książki. Niektórzy ze wzruszeniem opowiadali mi swoje historie, ale niestety często z zastrzeżeniem: "Tylko proszę mnie nie wymieniać, to tylko dla pani".

Szykują się zagraniczne wydania książki.

Pierwsze wydanie, niemieckie, wyszło w 2006 r., jeszcze w 2009 r. ukaże się wydanie hebrajskie, na które bardzo czekała pani Irena, włoskie, portugalskie i być moi szwedzkie. Wkrótce też będą wydania francuskie i hiszpańskie. Czekamy na angielskie i amerykańskie. Przy tej popularności pani Ireny w Stanach Zjednoczonych nie zgłosiło się do tej pory ani jedno wydawnictwo. A polski wydawca rozesłał trochę egzemplarzy. Widać książka czeka na najlepszego wydawcę. Może po filmie...

Rozmowę publikujemy dzięki uprzejmości redakcji "Przeglądu Polskiego" - dodatku kulturalnego do "Nowego Dziennika" wydawanego w Nowym Jorku (kwiecień 2009 r.)






Polecamy